Dzisiejszy Superbike nie ma czego pozazdrościć, gdy ścigali się Fogarty, Russell, Bayliss i Falappa. Jeźdźcy, rowery, osiągi: dziś wszystko jest na najwyższym poziomie, może nawet lepszym niż kiedyś. Brakowało jednak postaci zdolnej przyciągnąć szerszą publiczność niż tylko entuzjastów, postaci kontrowersyjnej, wywołującej podziały i magnetycznej. Wśród gigantów przeszłości taki rozmach miał jedynie Carl Fogarty, talent z czterema tytułami mistrza świata i 59 zwycięstwami. Na torze był bardzo szybki, ale także strasznie bezwzględny, gdy było to potrzebne. Został spadkobiercą Barry’ego Sheene’a i jednym z najbardziej obserwowanych i kochanych sportowców w Wielkiej Brytanii nie tylko ze względu na swoje szybkie zwycięstwa, ale także ze względu na swoją ciemną stronę. Foggy pochodził z rodziny motocyklistów, ale spędził bardzo trudny okres dorastania w slumsach Blackbourn, obracając się w niesmacznych kręgach. Ryzyko i szybkość były jego planem.
Historia do opowiedzenia
Andrea Iannone to historia, której brakowało w dzisiejszym Superbike. Jego powrót po czteroletnim zakazie za doping wywołał sensację, odkąd zaczęły pojawiać się plotki o jego chęci powrotu do gry. Dwa półdniowe testy w Jerez wystarczyły, aby zainteresowanie znacznie przekroczyło zwykły poziom tych mistrzostw, bardzo lubianych przez fanów, ale które wyłoniły się ze swojej niszy dopiero za czasów Maxa Biaggi, dwukrotnego mistrza świata w 2010 i 2012 roku. były zawodnik MotoGP od razu pojechał bardzo szybko. Ale na razie wydajność schodzi na drugi plan. Pewne jest, że cokolwiek się stanie, ten powrót będzie ogromnym sukcesem dla Superbike. Powrót Biaggiego w 2007 roku, po urlopie naukowym, został przeforsowany, przygotowany i zarządzany na najwyższym szczeblu przez ówczesnego promotora, czyli Maurizio Flamminiego. W pewnym sensie była to operacja marketingu sportowego: zakład Superbike na zawodnika osaczonego przez MotoGP w przekonaniu, że wszyscy na tym zyskają. I tak poszło.
Cichy powrót
Z kolei Andrea Iannone robił wszystko sam. Z konieczności, a raczej z obowiązku, nie mógł nawet krzyknąć światu, że wraca. Biaggi ponownie wyruszył z wielką pompą na Suzuki Alstare z histrionicznego Francesco Batta, najbogatszego i najbardziej efektownego zespołu na padoku. Iannone zadowoli się Go Eleven, strukturą na wysokim poziomie, ale pełną pasji i potu. Po wyścigu właściciel Gianni Ramello zakłada rękawice robocze i pomaga chłopakom rozmontować gościnność.
Ułatwmy to
Usuńmy wszystkie teorie spiskowe wokół dyskwalifikacji: stek z Sepang, test włosów, próby, tajemnice. Być może za wiele lat dowiemy się, jak było naprawdę. Ale na razie załóżmy, że Andrea Iannone był naprawdę winny. Popełnianie błędów jest rzeczą ludzką, zdarzało się to wielu mistrzom niezliczonej liczby dyscyplin sportowych. Aby pozostać w naszym świecie, Superbike, poznaliśmy kilku skomplikowanych facetów: Russella, Goberta, Westa, żeby wymienić tylko kilku. Niezależnie od tego, czy popełnił błąd, czy nie, Iannone słono za to zapłacił, znacznie więcej niż inni. Cztery lata dyskwalifikacji kierowcy zbliżającego się do 30. roku życia to sportowy wyrok dożywocia. Dotkliwość wyroku, jak twierdzą prawnicy karni, w jego przypadku była bardzo ciężka. Pomyśl tylko o aspekcie ekonomicznym: w ostatnim roku działalności, 2019 w Aprilii, Iannone miał pensję w wysokości 5 milionów euro.
wciąż żyję
Nie wszyscy lubią Andreę Iannone, nawet jeśli wszyscy o nim mówią. Jest utalentowanym, bogatym, sławnym sportowcem i miał romanse z kobietami marzeń. Sukces jest pragnieniem i przekleństwem, zawsze tak działa. Mógłby zmienić swoje życie, pożegnać się z motocyklami, wyścigami i poświęcić się biznesowi, w czym zdaje się robić to bardzo dobrze. Zamiast tego jego wróg miał wrócić do biegania. Brudząc ręce, pocąc się, ryzykując wszystko. Cztery lata (właściwie prawie pięć, jak określa) to dużo czasu. „Ale nigdy nie przestałem czuć się jak pilot”. Wyobraź sobie, ile wymaga to gniewu, determinacji, pasji i miłości. W Jerez, opuszczając depot po raz pierwszy Ducati Superbike, być może będzie myślał tylko o następnym zakręcie. Przypomniała nam się jednak scena z „Papillona”, w której po latach spędzonych w koszmarnym więzieniu skaczemy z klifu. „Cholera, dranie, wciąż żyję”. Teraz pozwól mu biegać.