Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!

Motoestate: Michael Lamagni, co za miła niespodzianka w 1000 Sound of Thunder

Dwa tytuły w 2023 roku prawdziwie przeżywane „w ruchu” i nie jest to eufemizm. W tym roku Michael Lamagni wziął udział w mistrzostwach 1000 Sound Of Thunder, najwyższej klasie Motoestate, ale jednocześnie zatriumfował w Pucharze Włoch 12 cali. Na „małych motocyklach” mógł już pochwalić się większą liczbą tytułów, w „dużych motocyklach” zamiast dla 28-latka z Mediolanu jest dopiero drugim po tym zdobytym w Race Attack w 2018 roku, w swoim absolutnym debiucie w Motoestate Trophies. W międzyczasie jednak nastąpiła swego rodzaju „pauza”…

Dzięki wsparciu Ducale Moto Club podąża za nim szwagier, ojciec i kilku przyjaciół: bardzo ważna pomoc w jego marzeniu o dwóch kołach. „Wszyscy mamy tę samą pasję, wspierają mnie w każdej głupiej rzeczy, którą mówię, zamiast mnie powstrzymywać” zażartował Lamagni, który dopiero w tym roku, po wznowieniu gry po pandemii, zdobył podwójny tytuł. Pamiętajmy też, że nie jest on pilotem na pełen etat, ma jednocześnie inną pracę… Ale pozwólmy bohaterowi opowiedzieć tę historię.

Michael Lamagni, mistrz 1000 Dźwięków Gromu. Czy możesz nam opowiedzieć o swoim sezonie?

Zaczęliśmy od BMW 2016, aby zapoznać się z dużymi motocyklami. W Motoestate ścigałem się w Race Attack tylko w 2018 roku, w następnym roku startowałem w kategorii Stock i na tym zakończyła się moja kariera z dużymi motocyklami. Zaczęliśmy tak, ale w drugim wyścigu zmieniliśmy motocykle i przesiedliśmy się na BMW 2023. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Zaczęliśmy jechać bardzo szybko i udało nam się wygrać prawie wszystkie wyścigi, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, ze względu na problemy techniczne z motocyklem. Szkoda, ale najważniejsze było przywiezienie tytułu do domu i dokonaliśmy tego.

Spodziewałeś się takiego wyniku?

Z Diego Giugovazem, który pełni funkcję mojego „trenera” i pomógł mi zrobić ogromny krok naprzód, dużo podróżowaliśmy, zaczynając od lutego w Hiszpanii. Na motocyklu przejechałem mnóstwo kilometrów, praktycznie rok! Kiedy dotarliśmy do pierwszego wyścigu, wyraźnie nie byłem pewien, czy wygram, ale byłem pewien, że jestem bardzo silny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, więc spodziewałem się, że poradzę sobie bardzo dobrze. Byłem bardzo podekscytowany, ale padało i wszystko poszło źle: rozbiłem się na treningach, w próbach czasowych, w pierwszym wyścigu, byłem katastrofą…

Początek „nie”, co był zatem dodatkowym impulsem, prawda?

Zdobyłem tylko kilka punktów, ale przede wszystkim udało mi się zachować spokój i pogodę ducha, wiedząc, że jestem w dobrej formie i wszystko w porządku. Udało mi się utrzymać tę formę przez resztę sezonu. W kolejnych wyścigach wróciło słońce i my też ujrzeliśmy światło!

Michael Lamagni, „powrót” po chwilowym postoju z tymi rowerami.

Zawsze pozostaje kwestia budżetu, ale ostatecznie spodobał mi się za bardzo i od czasu do czasu wracałem na rower, żeby pojeździć. A kiedy pojawiła się możliwość Motoestate… W tym roku do pracy przejechałem więcej kilometrów motocyklem niż samochodem! Na torze zacząłem jednak w lutym w Jerez, na początku marca pojechaliśmy razem na przejażdżkę do Aragonii i świetnie się bawiliśmy. Zatrzymałem się dopiero we wrześniu: jeździłem mniej więcej co tydzień, prawie więcej niż „prawdziwy pilot”!

Ale nigdy nie zatrzymałeś się na poziomie wyścigów. Również w tym roku nie tylko zrobiłeś MES.

Zawsze ścigałem się minitardem, specjalnością, która na szczęście jest tańsza i można jeździć dużo częściej niż na dużym motocyklu. W tym roku udało mi się także zdobyć dwie dzikie karty w Mugello w Pucharze Pirelli, trzeciej nie zdobyliśmy, ponieważ w niedzielny poranek facet miał wypadek i stracił życie. Jeśli chodzi o dwa wyścigi, które odbyłem, powiedziałbym, że nie poszły źle. Myślałem, że byłem trochę dalej w tyle, ale też trochę dalej przed nami. Nie wiem, jak to wytłumaczyć: wiedziałem, że nie mogę pozostać na czele liderów, ale mój umysł chciał tam pozostać. Właśnie zmieniłem motocykl, ostatecznie ukończyłem wyścig w pierwszej dziesiątce, natomiast następnym razem miałem problemy z elektroniką i nie mogłem zaprezentować się z jak najlepszej strony.

Michael Lamagni, nie jesteś tylko mistrzem Motoestate, prawda?

Brałem także udział w 12-calowym Pucharze Włoch i wygrałem go w tym roku, odnosząc 12 sukcesów na 12 w eliminacjach. Dorastałem w tych mistrzostwach, wygrywałem je już od 7-8 lat i mam też większą pewność siebie w motocyklu dla mnie jest to trochę „prostsze”. W tym roku naprawdę zrobiliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy.

Jednak bycie pilotem nie jest Twoim głównym zajęciem.

Muszę być szczery: w tym roku nic nie zrobiłem, w zeszłym roku zrezygnowałem. Wcześniej zajmowałam się odpadami promieniotwórczymi, rekultywacją, utylizacją… Przestałam jednak mierzyć się z tym sezonem wyścigowym: od stycznia zrozumiałam, że będzie to rok bardzo pracowity i praca nie pozwoli mi nadążać. Dziś wracam do pracy, którą wykonywałem, gdy miałem 18 lat, czyli do kuriera: jeżdżę vanem i realizuję dostawy. Więc tam też zawsze się spieszę i muszę jechać szybko!

Michaelu Lamagni, cofnijmy się o krok: od czego zaczyna się Twoja „historia motocykli”?

Miałem cztery lata i tata kupił mi minibike. Zacząłem krążyć po parkingach, gdzie trzymał ciężarówki mój tata, kierowca ciężarówki, i stamtąd jeździłem już zawsze na motocyklu. W wieku 11 lat wystartowałem w Pucharze Włoch Polini na pitbike’ach, co było moimi pierwszymi mistrzostwami i zająłem 2. miejsce. Kontynuowałem mistrzostwa niższego szczebla lub mistrzostwa charytatywne z finałowym pucharem. Koszty są zawsze wysokie, nawet w Polini, a ja jestem synem robotnika, więc życie na motocyklach staje się skomplikowane. Jednak w 2018 roku wziąłem BMW i pojechaliśmy na Motoestate Race Attack.

To pierwsze mistrzostwa na „dużych rowerach”. Dlaczego ten skok?

Tak, nie miałem wcześniejszych doświadczeń. Skok, ponieważ mój tata zawsze miał rowery szosowe i zgodnie z włoskim prawem pozwalał mi z nich korzystać tak szybko, jak tylko mogłem. To właśnie na jednym z jego motocykli, Suzuki z 2002 roku, odbyłem swoją pierwszą przejażdżkę po torze. Miałem 17 lat. Następnie kupiliśmy Suzuki z 2005 roku, które sprzedałem rok później, aby kupić BMW, na którym przejechałem pierwszy rok Race Attack, ten, który kosztował najmniej, także za pojedynczą oponę Dunlop, i który dla mnie, pochodzący z pitbike, był najbardziej odpowiedni dla amatora. I nawet wygrałem!

Michaelu Lamagni, jak nawiązałeś kontakt z Motoestate?

Rozglądam się trochę, obserwując też znajomych, którzy już to robili. Powiedzieli mi o mistrzostwach i Race Attack, więc zapytałem i zadzwoniłem do Delmonte, aby dowiedzieć się więcej, w końcu się zapisałem. Od razu znalazłem fajne otoczenie, z dużymi rowerami zawsze jest przyjemniej!

Nieoczekiwana adaptacja.

Mam szczęście, że zawsze pracuję z Diego Giugovazem, który mnie wspiera i pomaga. Dla mnie jest naprawdę siłą mentalną, jeśli mam go obok siebie, jeżdżę bardzo szybko, a także daje mi wiele złotych rad. Jeśli masz silną głowę, wszystko idzie lepiej. Ale muszę być szczery, nigdy nie spodziewałem się, że wygram Race Attack w moim pierwszym roku! Następnie w 2019 roku przerzuciłem się na Stock w kategorii Open i z powodów technicznych zająłem 2. miejsce… W 2020 roku ze względu na pandemię nie robiłem już nic, aż w 2021 roku wróciłem na hulajnogę, pitbike i zrobiłem około połowy mistrzostw, które będę kontynuować w 2022 roku. Nie są to mistrzostwa, powiedzmy, jako trening.

A „duży rower”?

Sprzedałem go: nie mogłem się odwrócić, a jego obecność mnie po prostu zdenerwowała, więc odsunąłem od tego myśl. W tym roku jednak podjąłem się tego ponownie i wróciłem do rywalizacji w mistrzostwach zarówno na małych, jak i dużych rowerach, a właściwie w sumie trzech mistrzostw, biorąc pod uwagę wyścigi Pirelli Cup.Praktycznie nadrobiłem lata, w których jeszcze byłem, a raczej na poziomie, który nawet przekroczyłem o kilometry!

W tym roku podwójna satysfakcja zarówno dla Ciebie, jak i Twojej rodziny, prawda?

Zdecydowanie, ale bardziej dla Motoestate. Ostatecznie zdarzało się to częściej w przypadku najmłodszych, ale powrót do ścigania się z dużymi i natychmiastowe wygrywanie był dla wszystkich czymś nieoczekiwanym, pewnym zaskoczeniem. Odpłaciliśmy się za wszystkie poświęcenia, które ponieśliśmy.

Michaelu Lamagni, czy masz już jakieś plany na 2024 rok?

Muszę chwilę zobaczyć co da się zgrać, to będzie zależeć od budżetu. Pomysł był taki, że Puchar Włoch, Puchar Pirelli i może jakieś wyścigi na Motoestate, ale jeszcze nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie mi Mikołaj!